„Pewnego razu… w Hollywood” to jedna z najgorętszych premier 2019. Już pierwsze zdjęcia Leonardo DiCaprio i Brada Pitta z planu filmowego opublikowane w minionym roku, zapowiadały niesamowite przeżycia podczas seansu.

Tym razem Quentin Tarantino zabrał widzów w podróż do Los Angeles z końca lat 60. Do świata kina. Czasów, w których Roman Polański stawał się jednym z najbardziej cenionych twórców w Hollywood. Zresztą historia i postać polskiego reżysera, przedstawione w filmie Tarantino oraz polski aktor Rafał Zawierucha, wcielający się w postać Polańskiego, to kolejny smaczek, który sprawił, że „Pewnego razu… w Hollywood” to pozycja obowiązkowa do zobaczenia.

I nie rozczarowałem się. A wręcz przeciwnie. Wyszedłem z kina zachwycony. Pomysłem na film. Scenariuszem i reżyserią Quentina Tarantino. Kompletnie nieoczekiwanym finałem. Los Angeles. Retro klimatem, który uwielbiam. I przede wszystkim grą aktorską wspaniałego duetu: Leonardo DiCaprio i Brad Pitt. A do tego dochodzą ich filmowe stylizacje… Coś wspaniałego.

Uwielbiam modę z tamtego okresu, jak np. golf połączony ze skórzaną marynarką. Taki miks nosił Rick Dalton – bohater grany przez Leo. Z kolei Cliff Booth, w tej roli genialny Brad Pitt, najczęściej stawiał na jeansowy total look, co nie ukrywam, również jest mi bardzo bliskie. Stąd też oczarowany najnowszym obrazem Tarantino, postanowiłem Hollywood i modę z lat 60. przenieść na warszawską Pragę, a dokładnie do pięknych wnętrz Syreniego Śpiewu, który jesienią tego roku powrócił na mapę stolicy.

Czy mi się udało? Ocenę pozostawiam Wam. A jeśli jeszcze nie widzieliście „Pewnego razu… w Hollywood”, gorąco Was zachęcam do obejrzenia.

fot. Marcin Gajowniczek

zegarek – Albert Riele z salonu Apart

bransoleta – Aztorin / bransoleta – Aztorin / obrączka – Aztorin / obrączka – Aztorin /  obrączka – Aztorin

kurtka, spodnie, pasek – Wrangler / koszula – Lee / buty – Tommy Hilfiger / okulary przeciwsłoneczne – Born86